28.10.2025

Rozmowa z Ygorem Przebindowskim

KULTURA

Kuba Wojewódzki po wysłuchaniu jego najnowszej płyty powiedział, że ma świetnego czuja do muzyki współczesnej i jazzu. Ygor Przebindowski, bo o nim mowa, wydaje na świat album „SALTO”, którym przełamuje utarte schematy, ironizuje, a czasem puszcza oko do słuchacza.


Paweł Brol: Dlaczego po takich płytach jak „Powidoki Powstania Warszawskiego” czy „Powidoki Portrety Miron Białoszewski”, które były przecież mieszanką gatunków muzycznych, zdecydowałeś się na album w pełni jazzowy, choć – dodajmy dla porządku – z różną stylistyką?

Ygor Przebindowski*: Poprzednie płyty, które miały w nazwie „Powidoki”, były cztery. Powstały na bazie stopklatek, noszonych w pamięci. Człowiek lubi do takich rzeczy powracać, czasami nawet podświadomie lub w snach. Zaczęło się od albumu „Powidoki”, który wyniknął ze zbieranych latami kompozycji. Zaprosiłem do niego różnych wspaniałych muzyków, w tym jazzujących. Później zbliżała się 70. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, a ja bardzo interesowałem się tą historią. Chciałem powrócić do tamtych wydarzeń i opowiedzieć je na nowo, czego wyrazem była kolejna płyta pod patronatem Muzeum Powstania Warszawskiego. Materiały archiwalne, do których otrzymałem dostęp dzięki tej współpracy, wykorzystuję do dzisiaj w koncertach na żywo, granych podczas corocznych obchodów wybuchu PW. Trzeci album „Powidoki Północy” to wynik reminiscencji z podróży po Skandynawii, fascynacji tamtejszą kulturą i muzyką, ale też pustką wielkich połaci niezamieszkanych terenów. To wydarzyło się niedługo przed wybuchem pandemii koronawirusa i rezonowało z moim odczuciem samotności w czasie lockdownu. Wtedy zrobiło mi się bardzo miło, bo ambasada Norwegii objęła patronatem honorowym ten krążek. Z kolei w 100. rocznicę urodzin Mirona Białoszewskiego wydałem czwartą płytę, inspirowaną wierszami awangardowego jak na tamte czasy poety.

Stylistycznie wszystkie te albumy można podporządkować muzyce filmowej i teatralnej, co nie dziwi, bo ja na co dzień zajmuję się komponowaniem utworów do filmów dokumentalnych, fabularnych, seriali etc. Napisałem też muzykę do ponad 45 spektakli teatralnych. Stawiałem na wrażliwość melodyjną wierną scenie, ale od dawien dawna miałem głębokie marzenie, żeby nagrać płytę stricte jazzową i być na niej numerem jeden. To liderowanie oznacza spełnienie się w roli kompozytora, solisty, pianisty – na pianinie gram od dziecka – czy wibrafonisty. Skończyłem w końcu klasę wibrafonu na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej na Akademii Muzycznej w Katowicach.

Czyli wracasz do korzeni?

Śmiało można tak powiedzieć. Jednocześnie czułem, że nadszedł moment, by wyjść z utartych schematów, stagnacji, utartej formy. Zapragnąłem wejść do studia i poimprowizować. Tego mi brakowało w poprzednich płytach. W czasie prac nad albumem „SALTO” mogłem się wyszaleć, pokazać kawałek mojej wyobraźni. Zarejestrowaliśmy wszystko na żywo.



To płyta nagrywana na żywo?

Tak, w całości. Weszliśmy do studia po zaledwie jednej próbie. Nie chciałem, żeby materiał był wcześniej ograny. Oczekiwałem niepewności, która miała zapewnić utworom naturalność. To się udało. Na płycie są oczywiście drobne błędy, które być może tylko ja słyszę, ale świadomie nie wprowadzałem żadnych poprawek. Muzyka współczesnych czasów jest bardzo czysta, sterylna. Ja takiej nie chciałem. Każdy utwór nagraliśmy dwa razy, żeby mieć backup i jedna z wersji od razu była wciągana na krążek. Bardzo się cieszę nową płytą, bo jest w niej zawarta prawda, a nie sztuczność wynikająca z nieustannych poprawek i sterylizacji, którą zapewniają programy komputerowe czy sztuczna inteligencja.

Poprzednie albumy były opowieściami, których można było słuchać w pewnej chronologii. W „SALTO” każdy utwór jest odrębnym bytem?

Tak, tu jest pewien rodzaj zabawy. Puszczam „oko” do słuchacza, żonglując odniesieniami do różnych dekad w muzyce jazzowej. Gatunek ten miał swoje trendy. Przed wojną królowała era swingu, w latach 40. bebop, później cool jazz, modern, w latach 70. awangarda, hard bop i różne inne. Na mojej płycie są też odniesienia do współczesnego jazzu, granego z DJ-em, czyli awangardy nowojorskiej. Kwintesencją, która udźwiękawia to, o czym mówię, jest utwór „Na trampolinie”. W skokach na trampolinie człowiek doświadcza zabawy, może przybierać różne pozy, czerpać z tego przyjemność. Może też wykonać tytułowe salto, co jest pewnym odwróceniem, ironią, obecną przecież na moim albumie.

Zaserwowałeś słuchaczom spontaniczność?

Nie do końca. Stworzyłem wcześniej tematy kompozycji, szkielety. A to, co jest grane w środku, było już improwizowane. Otworzyłem kluczem drzwi do wyobraźni. Zaprosiłem do tego wspaniałych muzyków, z którymi gram od lat. Wiedziałem, czego mogę się po nich spodziewać, znałem ich elastyczność gatunkową. Mówiąc literacko, mieli głowy otwarte na oścież. Grając wspólnie, obserwowaliśmy siebie nawzajem, więc wiedzieliśmy, w którą stronę zmierzają dźwięki. A ja jako lider miałem przyjemność ciągnąć ten „pociąg wyobraźni”.

Skąd pomysł na scratching i sampling na jazzowej płycie? To ukłon w stronę nowoczesności, chęć pozyskania młodego słuchacza?

Jest dokładnie tak jak mówisz. Interesuję się nowoczesną muzyką, obserwuję też świat jazzu, który nieustannie się rozwija. Mamy na przykład doskonałego pianistę, występującego często z DJ-ami w Nowym Jorku, Roberta Glaspera. Byłem kilka miesięcy temu w Warszawie na koncercie znakomitego saksofonisty, laureata nagród Grammy, Kamasiego Washingtona. Wśród jego siedmioosobowego zespołu znajdował się również DJ. Z kolei na mojej płycie występuje DJ Eprom. Nikomu, kto interesuje się światem hip-hopu lub rapu, nie trzeba tego człowieka przedstawiać. Dla mnie to najlepszy DJ w Polsce, a może nawet w Europie. Jego praca jest wbrew pozorom bardzo trudna. Żeby dobrze scratchować czy samplować, to trzeba być mentalnie perkusistą, mieć doskonałe wyczucie rytmu, wrażliwość na melodię i harmonię. Jestem zachwycony efektem tego, czego dokonał na moim albumie.

Czy wy jako pierwsi w Polsce złączyliście scratching z jazzem?

Takie połączenia miały już u nas miejsce, więc nie wybiegałbym tak daleko. Chociażby pianista Paweł Kaczmarczyk miał podobny epizod z DJ Krimem z Krakowa. Dochodziło do eksperymentów, ale owe łączenia nie zostały jeszcze spopularyzowane na szeroką skalę. Mało jest akustycznego jazzu, który działa w symbiozie z elektroniką.

Ty też jesteś DJ-em w programie Kuby Wojewódzkiego. W twoim DNA musi więc być pociąg do tworzenia muzyki rozrywkowej, czemu dałeś wyraz na płycie „SALTO”.

Oczywiście, że tak. Zapytałeś mnie, skąd pomysł na scratching czy sampling na albumie. On wyniknął również stąd, że zajmuję się tym na co dzień. W programie robię go tylko w trochę innej formie. Odpowiadam tam za oprawę muzyczną i jestem bardziej prezenterem muzycznym niż twórcą. Natomiast z całą pewnością wykonywanie tego zajęcia skłoniło mnie do zaproszenia na płytę DJ Eproma.

Jak wygląda twoja praca od kuchni w programie? Długo przygotowujesz aranżacje, które słyszymy potem w telewizji czy może odbywa się to bardziej spontanicznie?

To jest suma wielu lat doświadczeń. Pracuję w programie Kuba Wojewódzki od 24 lat, więc kawał czasu. Kierowca symultanicznie prowadzi samochód, słucha radia, zmienia biegi, ja w ten sposób robię oprawę muzyczną – intuicyjnie. Wiem, jak tworzyć puenty, kiedy wykorzystać sample, żeby wywołać określoną atmosferę, podążać za temperaturą programu.

Ten program jest bardzo dynamiczny.

On musi być dynamiczny, podobnie jak musi zawierać oddechy muzyczne. Czasami muzyką prowokuję publiczność do bicia brawa albo innej reakcji. Bywam proszony przez prowadzącego, żebym zagrał na instrumencie klawiszowym czy akordeonie jakiś podkład pod śpiew gościa bądź bit dla rapera lub hip-hopowca. Część aranżacji przygotowuję też w domowym studiu. Moja rola jest więc szeroka.

Kuba Wojewódzki zna twoje płyty?

Oczywiście, że zna. Jakiś czas temu wręczyłem mu „SALTO”. I kiedy ostatnio wchodziliśmy razem na nagranie, to powiedział: „Szczerze ci gratuluję tej płyty. Masz świetny słuch, świetnego czuja do muzyki współczesnej, do jazzu”.



A jak ty określiłbyś siebie?

Jestem osobą nie do końca zdefiniowaną. Oprócz wykonawcy, czuję się też kompozytorem. Sporo muzyki przecież napisałem i ona ujrzała światło dzienne. Do tego wszystkiego bardzo interesuję się szeroko pojętą sztuką, m.in. malarstwem, antykami. Kolekcjonuję porcelanę. Uwielbiam literaturę; codziennie przed snem czytam przeróżne gatunkowo książki. I na tym nie poprzestaję, bo staram się również pisać.

Kilka lat temu ukazało się drukiem twoje debiutanckie opowiadanie „Aukcja”. Akcja toczy się w Wiedniu, gdzie główny bohater bierze udział w corocznej aukcji, by wylicytować wymarzony przedmiot. Pisząc, filtrujesz przez swoje zainteresowania.

Kiedyś usłyszałem, że każdy autor jest złodziejem własnych historii i tak też jest w moim przypadku. Jeśli przyjeżdżam do jakiegoś miasta, to zawsze szukam w nim antykwariatu. Odwiedzam domy aukcyjne, biorę udział w aukcjach. Bywam na giełdach staroci. To jest moje życie, zresztą kształtowane już w dzieciństwie, bo pochodzę z domu, w którym sztuka była obecna. Jednocześnie kocham podróże. Wielokrotnie przebywając w Wiedniu, eksplorowałem te wszystkie miejsca znaczące dla sztuki dawnej. Wśród nich należy wymienić słynny dom aukcyjny Dorotheum, który stał się miejscem akcji w moim opowiadaniu. Główny bohater bierze udział w aukcji, a ja chcę poprzez to pokazać, że zbieractwo może przerodzić się w uzależnienie. Poza tym przeprowadzam czytelnika przez wiele ciekawych miejsc Wiednia, w których można obcować z niesamowitą sztuką.

Swoje opowiadanie napisałeś w oryginalnej formie, zawierającej powtórzenia, długie zdania. Dlaczego zdecydowałeś się na taki zabieg?

To wynik mojej fascynacji twórczością austriackiego pisarza i autora sztuk teatralnych Thomasa Bernharda. On posługiwał się takim językiem, żeby utrzymać bliższy kontakt z czytelnikiem. Niektórych może to drażnić, ale w tym przypadku znaczenie ma gra na emocjach odbiorcy.

Formą żonglujesz także w muzyce. Wspomniałeś, że nie wszystkie dźwięki na najnowszej płycie są sterylne. W utworze „Wilk” pojawiają się słowa, że ktoś zagrał coś źle. To jest żart?

Tak, to jeden z żartów, których zresztą na albumie jest sporo. Jestem ironistą, lubię czasem puścić „oko” do słuchacza. Mam już swój dorobek artystyczny i na tyle doświadczeń, że mogę sobie pozwolić na zabawę muzyką. Słowa, które przytoczyłeś, należą do mnie. Kieruję je do perkusisty, który odpowiada, że przecież zagrał dobrze. I to jest powtarzane, trochę jak w teatrze czy u Tadeusza Kantora, do momentu aż emocje zostają rozładowane. Na płycie jest też utwór „Molo”, gdzie na samym końcu pojawia się głos osoby z telewizji, która gotuje i podaje przepis na królika. W tradycyjnym ujęciu jazzu taki zabieg byłby niemożliwy. Staram się to przełamać.

A skąd pomysł na nazwy utworów?

Tytuły przychodzą do mnie same w trakcie tworzenia. „Rajd” wziął się z jazdy samochodem i słuchania muzyki. „Horyzonty” to otwarcie na szersze możliwości. „Perspektywy” dotyczą niewiadomych chwil z przyszłości. Utwór „Molo” jest alegorią do Sopotu i Bałtyku, gdzie zawsze grano świetny polski jazz. „Na trampolinie” mówi o przebijaniu balonika zbyt poważnego traktowania siebie, trochę jak u Woodyego Allena. „Niedomówienia” są o problemach w komunikacji między dwoma osobami. Do tego kawałka powstał też teledysk.



Odbieram ciebie jako człowieka awangardowego, podobnie jak twoją twórczość muzyczną i literacką.

Chyba tu cię zaskoczę, bo zupełnie się nim nie czuję. We mnie jest dużo tęsknoty za przeszłością. Oczywiście staram się podążać za współczesnością, za technologią, doceniam możliwości, które dziś mamy, ale z drugiej strony nie lubię obecnych czasów. One są bardzo zero-jedynkowe, skomercjalizowane i przede wszystkim pozbawione autorytetów. Bez autorytetów giniemy, a chamstwo staje się bardziej popularne niż kultura. A ja jestem człowiekiem wciąż zafascynowanym twórczością Konwickiego, Głowackiego, Holoubka. To na nich się wychowałem, oni mnie ukształtowali, również jako artystę. Podobnie dzieje się w muzyce, która dziś stoi w miejscu. My już nic nie odkrywamy, nic nie przekraczamy, a jedynie odtwarzamy. Moja droga jest inna.


*Igor „Ygor” Przebindowski – muzyk, kompozytor, multiinstrumentalista. Absolwent Akademii Muzycznej w Katowicach na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w klasie wibrafonu. Uczeń wybitnego wibrafonisty Bernarda Maselego.
Autor muzyki teatralnej i filmowej. Współpracuje od wielu lat z teatrami, komponując i wykonując muzykę na żywo.Skomponował muzykę do ponad 40 spektakli teatralnych.
Współpracował z wybitnymi reżyserami m.in. Agnieszką Glińską, Iwanem Wyrypajewem, Piotrem Cieplakiem, Elizabeth Czerczuk, Grzegorzem Wiśniewskim, Anną Augustynowicz.
Spektakle z jego muzyką były wystawiane w Warszawie w teatrze Dramatycznym, Studio, Na Woli, Och Teatrze, Polonii, Montowni, Lalce, Capitolu, Imce, Współczesnym, Żydowskim, Młynie, Polskim, WARSawy, Kamienicy, Komedii, Rampie, T.E.C. w Paryżu, oraz w teatrze Współczesnym w Szczecinie, i w Krakowie w teatrze Bagatela.
Od 2001 roku na stałe współtworzy program telewizyjny „Kuba Wojewódzki”, na antenie TVN, gdzie odpowiedzialny jest za oprawę muzyczną programu.
Tworzy również muzykę do filmów, dokumentów oraz seriali telewizyjnych, m.in. “Mąż czy nie mąż” (2015 serial TVN), “Anioły Żegoty” (2017 film TVP), “Przepis na sukces” (2018 film TVP), ”Niepokonany. Opowieść o generale Stanisławie Maczku (2019 film TVP), “Jerzy Kosiński – prawda przyjaciela” (2021 film TVN), “Na północ od piekła” (2021 TVP film),
„Wróbel” – (2022 film Studio Munka).
Komponował muzykę do Teatru Polskiego Radia m.in. “Uciekła mi przepióreczka” S. Żeromski, reż. Ł.Lewandowski Teatr Radia PR II (2018) “Nadwrażliwi” Włodzimierz Zakrzewski, reż. K.Łęcka, Teatr Radia PR II (2020) „Ktoś tu przyjdzie” Jone Fosse, reż K. Łęcka Teatr Polskiego radia PR I (2025).
Jest producentem i kompozytorem albumów studyjnych m.in. Jarosława Wasika “Nie dotykaj”(20010), Kamili Kraus “ Brajlem” (2009), Halinki Mlynkovej “Etnoteka”(2011).


Fot. Ygor Przebindowski