18.03.2025

Rozmowa z Heleną Kamerską

KRAJ

Helena Kamerska ps. „Hala”, sanitariuszka w Armii Krajowej, uczestniczka powstania warszawskiego kończy 100 lat. Z tej okazji rozmawiamy o tym, co było kiedyś i co jest dziś. Niezwykle szczery oraz poruszający wywiad z bohaterską kobietą, która ratowała ludzi od śmierci, sama wielokrotnie się o nią ocierając.


Paweł Brol: Jak pani wspomina rozpoczęcie wojny?

Helena Kamerska*: 1 września byliśmy wszyscy w domu. Mam na myśli siebie i czwórkę mojego rodzeństwa. Słyszeliśmy huki, ale nie wpadliśmy w panikę, bo ojciec nam wcześniej mówił, że takie dźwięki oznaczają jakieś ćwiczenia. Zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak dopiero wtedy, kiedy ojciec wbiegł do domu i powiedział, że mamy uszczelnić okna. Dlaczego to było ważne? Niedaleko nas mieściła się gazownia. Jeśli bomba uderzyłaby w nią, to wszyscy moglibyśmy się potruć.

Pani ojciec pracował w gazowni.

Mój ojciec pracował w gazowni miejskiej na ulicy Płockiej. To było bardzo blisko, bo my mieszkaliśmy na Dworskiej. Na tej samej ulicy stał duży szpital, w którym pracowała moja mama. Ojciec pobiegł ją zawiadomić, że wybuchła wojna. My zostaliśmy w domu przerażeni. Najmłodszy z moich braci miał zaledwie 9 lat.

A pani ile miała lat?

Ja miałam 14. Byłam drugim w kolejności dzieckiem spośród rodzeństwa.

Kiedy rodzice wrócili, to mama powiedziała, że musimy iść do schronu. Bombardowanie było intensywne. Poszliśmy na Skierniewicką. Był tam budynek, w którym miała powstać ubezpieczalnia społeczna, z rozległymi i głębokimi piwnicami. Wyłożono je deskami, na których położono materace i koce. Siedzieliśmy tam przez kilka dni w tłumie ludzi, przybyłych z całej dzielnicy. Mama bardzo się bała, bo na tej ulicy stała artyleria i budynek cały się trząsł. Ojciec wychodził, żeby zdobyć coś do jedzenia, a bracia pomagali wyszukiwać rannych, którymi zajmował się Polski Czerwony Krzyż.

Któregoś dnia ojciec spotkał znajomą. Zaproponowała, żebyśmy poszli do Śródmieścia. Wtedy w Śródmieściu nie było jeszcze dużych bombardowań. Tak zrobiliśmy. Spaliśmy u niej na podłodze, która – jak pamiętam – pełna była karaluchów. Musi pan wiedzieć, że była to dzielnica, którą zamieszkiwali zarówno Polacy, jak i Żydzi.

Sytuacja się zmieniła, kiedy nad Śródmieście nadleciało mnóstwo samolotów. Mama zabrała nas wówczas do piwnicy, usadziła razem z ojcem pod okienkiem i jeszcze po coś wyszła. Chwilę później nasz budynek został zbombardowany. Rodzice wyciągali nas na zewnątrz przez to okienko.

Nie było możliwości wyjścia drzwiami?

Nie, wyjścia były zawalone gruzem. Wszędzie unosił się pył i kurz.

Po wydostaniu się na zewnątrz, pobiegliśmy do bramy. W tym momencie kolejna bomba uderzyła niedaleko nas. Fala powietrza powaliła wszystkich na ziemię. Spadła też na nas brama, która na szczęście nikogo nie zabiła.

Jak mocno byliście ranni?

Byliśmy potłuczeni i pokaleczeni szkłem – mama najmocniej, nawet buty jej spadły z nóg.

Kiedy wyszliśmy na ulicę, to spostrzegliśmy, że dookoła wszystko płonie, bo budynki naprzeciw również zbombardowano. Nie wiedzieliśmy, w którą stronę pójść, żeby wydostać się z ognia. Jacyś ludzie nas wyciągnęli i zaprowadzili do kościoła. Tam dano nam jeść, założono opatrunki. I musieliśmy wracać do domu na Dworską, bo nie było dokąd indziej pójść.

Gdy dotarliśmy na miejsce, to okazało się, że góra domu została zburzona przez artylerię. Nie pamiętam, czy był to budynek piętrowy, czy dwupiętrowy, bo przez te bombardowania straciłam orientację. Bardzo to wszystko przeżywaliśmy jako dzieci.

Gdybyście zostali na Dworskiej, to ktoś mógłby zginąć.

Jest taka możliwość, chociaż my mieszkaliśmy na parterze, który się ostał. Zostaliśmy więc w tym domu. Musieliśmy tylko przykryć czymś górę, żeby woda nie leciała nam na głowy.

Wcześniej w schronie było dość mokro, bo pod nami znajdowały się studzienki. Mama wówczas się przeziębiła, dostała wody w boku i zaczęła poważnie chorować. W 1940 roku niedługo przed Bożym Narodzeniem zmarła. Zostaliśmy sami z trójką rodzeństwa i ojcem (najstarsza siostra mieszkała już wtedy z mężem na Starym Mieście). Mama była pielęgniarką, więc wiedziała, że nie ma dla niej ratunku, bo brakuje lekarzy oraz szpitali.

Mama przygotowywała was na swoją śmierć?

Tak, ale bardziej ojcu to mówiła.

Jak wyglądała rzeczywistość po odejściu mamy?

Musiałam się zająć młodszym rodzeństwem, a nie było pieniędzy. Oszczędności wydaliśmy na pogrzeb i różne inne sprawy. Poszłam więc do pracy. Zatrudniono mnie w fabryce włókienniczej. Moi bracia też starali się pomóc, każdego ranka sprzedając gazety. Ojciec nie wrócił już do pracy, bo nie było do czego, poza tym bardzo przeżywał śmierć mamy. Potem jeszcze brata zabrakło…

Co się stało?

Gdy starszy z braci miał już 13 lat, to wyszedł z domu i nie wrócił. Zaczęłam chodzić pod słupy ogłoszeniowe i sprawdzałam, czy nie znalazł się na liście zabitych. Niemcy po egzekucjach wywieszali takie listy. Żadnej informacji o nim nie było. Po roku wysłał kartkę z Hanoweru, w której pisał, że trafił na łapankę i wywieźli go do Niemiec na roboty. Prosił, żebym przesłała mu moje zdjęcie. Byliśmy blisko, ja młodszemu rodzeństwu zastępowałam mamę.

Pani też doświadczyła łapanek. Podczas jednej z nich miała pani w teczce materiały konspiracyjne. Wiedziała pani, co dokładnie przenosi?

Brałam pod uwagę, że to mogą być materiały konspiracyjne, ale nie miałam pojęcia jakie. Zawsze dostawałam paczuszkę i szłam pod wskazany adres. Gdy docierałam na miejsce, zazwyczaj spotykałam grających w karty mężczyzn. Pewnego razu jeden z nich zapytał, czy ktoś mnie śledził. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że to na pewno konspiracja (śmiech).

Bała się pani?

Wtedy jeszcze nie.

A kto panią prosił o doręczanie przesyłek?

Materiały przenosiłam na prośbę mojej nauczycielki, której bardzo ufałam. To był bardzo dobry człowiek.

To była nauczycielka z tajnych kompletów?

Tak. Ona wcześniej uczyła mnie w szkole podstawowej.

I doszło do łapanki…

Już opowiadam. W czasie przenoszenia materiałów starałam się uważać, ale kiedy doszło do łapanki, Niemcy wyskoczyli z jednego i drugiego końca ulicy. To była chyba Długa… Ja znajdowałam się mniej więcej na środku. Szybko wbiegłam do budynku. Na szczęście, był otwarty, bo Polacy często zamykali drzwi, żeby Niemcy nie mogli wejść. Wbiegłam na górę, zapukałam i poprosiłam mieszkańców, żeby wpuścili mnie do siebie, ponieważ jest łapanka. Zgodzili się i od razu pozamykali wszystkie wejścia. Dopiero wieczorem, tuż przed godziną policyjną, syn właściciela tego mieszkania odprowadził mnie do domu.

Wtedy naprawdę zaczęłam się bać. I stałam się jeszcze czujniejsza.

Później przeniosła się pani ze swoją rodziną na ulicę Grzybowską. Czyli praktycznie do centrum Warszawy.

Miałam już wtedy 16 lat. Najpierw muszę jednak powiedzieć, dlaczego w ogóle doszło do tej przeprowadzki.

Dom na Dworskiej należał do prywatnego właściciela. Należała do niego jeszcze mała kawiarnia, która znajdowała się w tym samym budynku. Później okazało się, że jest folksdojczem. Przyjmował u siebie Niemców, częstował ich alkoholem i namawiał, żeby wyrzucili nas stamtąd. Inni lokatorzy już dawno powyjeżdżali, a my zostaliśmy jako ostatni. Niemcy na jego prośby przychodzili nocami i kopali w nasze drzwi. Pewnego razu jeden z nich tak mocno się dobijał, że wzięłam latarkę i mu otworzyłam.

Czemu pani to zrobiła?

Bo bałam się, że za chwilę wyważy nam drzwi. Kiedy otworzyłam i zaświeciłam mu latarką w twarz, żeby zobaczyć, kto to dokładnie jest, ten uderzył mnie pistoletem w rękę. Latarka wypadła mi z dłoni, a ręka potwornie zabolała. Ojciec wypadł z pokoju i zaczął z nim rozmawiać po niemiecku. Tłumaczył, że tutaj są dzieci. Niemiec cały czas trzymał pistolet i pokrzykiwał. W końcu odpuścił i poszedł sobie. Takie sytuacje jednak się powtarzały.

Po pewnym czasie ojciec zaczął starać się o nowe mieszkanie. Był to już czas, kiedy Żydzi zostali przesiedleni do getta i pozostały po nich puste lokale. My otrzymaliśmy właśnie takie pożydowskie mieszkanie na Grzybowskiej. Mieściło się ono w olbrzymim budynku z trzema podwórkami. Mieszkało w nim ponad tysiąc lokatorów. Początkowo wcale nie chciałam się tam przenieść. Powiedziałam ojcu, że wprowadzę się dopiero wtedy, gdy mieszkanie zostanie wyremontowane. On był złotą rączką, więc zgodził się. Opuściliśmy Wolę i zamieszkaliśmy na Śródmieściu.

Tam przeżyła pani kolejną łapankę.

Tak. Zeszłam do sklepu zrobić zakupy, podobnie jak inni. Nagle usłyszałam, że wyją syreny. Po chwili podjechał samochód. Bardzo się bałam, ale pomyślałam, że przecież ze sklepu nas nie wyciągną. Pomyliłam się. Jeden z Niemców podbiegł, kopnął w drzwi, po czym zagonił wszystkich na zewnątrz. Ustawiono nas na ulicy. Zdrętwiałam i byłam pewna, że to mój koniec. Takie sytuacje zazwyczaj kończyły się egzekucjami. Po jakimś czasie z bramy wyprowadzono rodzinę: dwie osoby starsze, kobietę oraz dziecko, które miało nie więcej niż 2 latka. To dziecko trzymało w rączce kubeczek z malinami. Hitlerowiec wyrwał mu go i rzucił o bramę. Maliny się rozsypały. Następnie chwycił dziecko za nóżki i cisnął nim o ścianę. Makabryczny widok, krew tryskała na wszystkie strony. Resztę rodziny Niemcy załadowali na samochód, razem z ciałkiem tego dziecka i odjechali. A nas pozostawili stojących na tej ulicy.

Co człowiek czuje, kiedy zdaje sobie sprawę, że za chwilę może umrzeć?

Ja nic nie czułam. Zdrętwiałam i musiałam trzymać się kogoś, bo bym upadła. Myślałam tylko o tym, że to koniec i czekałam, kiedy dostanę kulkę.

Gdy samochód odjechał, to bałam się przejść z powrotem przez bramę. Wokoło było mnóstwo krwi. W końcu jednak wróciłam do domu i domyśla się pan, co mogło dalej być… Tylko płacz. Długo nie jadłam, nie spałam, bałam się wyjść na ulicę.

Wiedziała pani, że Warszawa szykuje się do powstania?

Nie wiedziałam. Znałam chłopców, którzy byli w konspiracji, ale oni nie mogli mówić o tajnych sprawach.

Jak pani wspomina wybuch powstania?

31 lipca 1944 roku mieliśmy pojechać z paczką moich dobrych znajomych nad wodę, żeby trochę odpocząć od okupacyjnej rzeczywistości. Ja zanim gdziekolwiek mogłam wyjść, najpierw musiałam zadbać o sprawy domowe, o rodzeństwo. Tego dnia za długo się grzebałam i nie zdążyłam na tę wycieczkę. 1 sierpnia przyszedł do mnie jeden z kolegów o imieniu Bernard i zapytał, dlaczego nie dotarłam. Znaliśmy się już jakiś czas, pomagał mi czasem w obowiązkach domowych. Postanowiliśmy pójść do Ogrodu Saskiego, żeby o tym porozmawiać. Zdążyliśmy dojść tylko do Marszałkowskiej, kiedy ktoś nam powiedział, że wybuchło powstanie i są budowane barykady. Bernard odprowadził mnie do domu i poprosił, żebym nigdzie nie wychodziła. Zapewnił, że mnie odszuka. A ja absolutnie nie wróciłam do mieszkania, bo też chciałam pójść do powstania.

Wcześniej doświadczyła pani wielu traumatycznych sytuacji. Skąd w pani ta chęć i odwaga, żeby wziąć udział w powstaniu?

Chciałam się zemścić na Niemcach.

To był impuls?

Tak, chociaż mało świadomy. Ostatecznie nigdy żadnego Niemca nie zabiłam.

Nie wiedziałam jednak, co dalej zrobić z tą swoją decyzją. Nie miałam żadnego wojskowego przeszkolenia. Jedyne, co potrafiłam, to zakładać opatrunki, bo tego nauczyła mnie mama. Stałam wciąż pod bramą i zauważyłam, że po ulicy biegają chłopcy z pistoletami w rękach i hełmami na głowach. W pewnym momencie podszedł wojskowy, który okazał się być jakimś dowódcą. Zapytał się mnie, czy znam może kogoś, kto by mógł ugotować obiad dla wojska. Odpowiedziałam: „Ja ugotuję!”. Miałam już wtedy 19 lat i potrafiłam gotować. Wojskowy zaprowadził mnie do kuchni, która mieściła się na Grzybowskiej w budynku, gdzie Niemcy produkowali zamki do broni. Dostałam od niego kilo mąki, kilo kaszy i trzy konserwy. Pomyślałam, że to mało jak dla wojska, ale wsypałam wszystko do jednego gara i wyszło nawet dużo porcji. Ku mojemu zaskoczeniu, na obiad przyszło nie więcej niż pięć osób (śmiech). Resztę jedzenia wzięłam do piwnic dla cywili.

Jak pani trafiła do Armii Krajowej?

Na obiad przyszli dowódcy z żonami. Jedna z tych pań powiedziała: „Nie będziesz tu gotować, zabieram cię, bo brakuje sanitariuszek”. Bardzo się ucieszyłam. Zanim wstąpiłam w szeregi AK, zdążyłam jeszcze oddać krew dla powstańców…

Pani ojciec walczył w I wojnie światowej, matka była pielęgniarką. I pani również została wojskową, a na dodatek służyła jako sanitariuszka.

Ojciec poszedł na wojnę jako ochotnik, gdy miał 17 lat. Wrócił ciężko ranny, z poparzoną klatką piersiową. To odcisnęło na nim duże piętno. Kiedy ja i moje rodzeństwo byliśmy mali, ojciec pokazał nam swój medal. Wtedy nie rozumieliśmy, co to jest, ale pamiętam, że spodobała mi się wstążeczka – czerwona w białe paski. Zabieraliśmy ją sobie z siostrą. Bardzo chciałam przypiąć wstążkę na pierś. Powiedziałam do taty: „Jak urosnę, pójdę na wojnę, dostanę taki medal i nikomu nie oddam”. I dostałam Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, tylko w wieku 97 lat (śmiech).

Po wybuchu powstania wracała pani do domu?

Na początku nie, bo bałam się, że jak wrócę, to ojciec nie pozwoli mi brać udział w powstaniu. Na szczęście, nie szukał mnie, bo myślał, że zaopiekował się mną Bernard.

Jak wspomina pani służbę jako sanitariuszka?

Naszym pierwszym zadaniem było znalezienie pomieszczeń, które nadadzą się na punkt sanitarny. Wykonywałyśmy je razem z koleżankami sanitariuszkami. Namierzyłyśmy odpowiednie miejsce na zapleczu jednego z budynków przy Grzybowskiej. Wcześniej mieścił się tam jakiś warsztat. Wysprzątałyśmy go porządnie, przygotowałyśmy bandaże. Ludność przyniosła prześcieradła, pościel. Bardzo nam pomagała.

Wtedy Niemcy bombardowali Śródmieście, bo nie potrafili się do niego dostać, ale poza tym panował względny spokój. Był zatem czas na przeszkolenie z zakładania opatrunków, opasek uciskowych itd. Dopiero później zaczęły się bezpośrednie walki.

Dużo rannych docierało do waszego punktu sanitarnego?

Na początku nie. Pamiętam moje pierwsze zetknięcie z większą liczbą rannych. Zadziało się to wtedy, gdy powstańcy wycofywali się ze Starego Miasta do Śródmieścia. Najpierw przechodzono kanałami, ale później było to niemożliwe, więc uciekano ulicą. Dużo ludzi wówczas zginęło i mnóstwo zostało rannych, którymi musiałyśmy się zająć.

Domyślam się, że było to wyzwanie.

Mieliśmy do czynienia z różnymi ranami, często postrzałowymi. Gdy Niemcy używali kul dum-dum, obrażenia były rozleglejsze.

Najgorzej wspominam amputację nogi bez znieczulenia. Nie mieliśmy już morfiny, żadnych narzędzi. Nogę musieliśmy amputować siekierą. Ten powstaniec tak przeraźliwie krzyczał, że ostatecznie nie wytrzymałam i wyszłam. Gdybym została, to zemdlałabym albo coś gorszego by mi się stało.

Pani też została ranna.

Przegrupowano nasz oddział i ja trafiłam do punktu sanitarnego na ulicy Pańskiej. Tam było już bardziej niebezpiecznie. Pewnego razu jeden z powstańców poprosił, żebym poszła z nim w teren opatrzyć rannego i pomóc przenieść go do szpitala. Wyruszyliśmy i kierowaliśmy się skrótami. Po jakimś czasie stanęliśmy przed górą gruzu, której szczyt był obserwowany przez Niemców. Powstaniec powiedział, żeby po wejściu na górę od razu usiąść i zjechać na drugą stronę. On miał zrobić to samo obok mnie, ale zdążył jedynie przykucnąć. Wtedy padł strzał. Kula wleciała pomiędzy nas, w jego kieszeń. A w kieszeni znajdowała się metalowa papierośnica. Kula odbiła się od niej i rykoszetem trafiła w moją szyję. Wszystko zadziało się szybko, byłam w dużym stresie, toteż początkowo nie miałam pojęcia, że jestem ranna. Dopiero gdy zjechaliśmy na dół z tej góry gruzu, zauważyłam, że spod mojego rękawa cieknie krew. Założono mi opatrunek i kontynuowałam zadanie. Dotarliśmy do rannego, opatrzyłam go i przygotowałam do przeniesienia.

Czyli pani, sama będąc ranna, nadal pomagała innym?

Na szczęście, to nie była ciężka rana, choć ubyło dużo krwi.

W drodze powrotnej już nie szliśmy przez tę górę. Obraliśmy dłuższą trasę, która prowadziła dołem. Bezpiecznie jednak nie było. Niemcy co chwilę wystrzeliwali rakiety oświetlające. Kiedy taka rakieta zawisła w powietrzu, to musieliśmy padać na ziemię i udawać martwych, żeby nas nie zauważyli. Zadziało się tak trzy razy w czasie całego przejścia. Z powodzeniem donieśliśmy rannego do szpitala, ale zaraz musieliśmy iść po następnego.

Szliśmy przez duży, okrągły plac, trzymając się blisko budynków. Niestety, nie pamiętam nazw ulic. Wpadliśmy w ostrzał moździerzowy. Dosłownie przeżyliśmy wtedy piekło. Pociski i odłamki latały nad nami. Słyszeliśmy, jak wbijały się w mur. Sypał się na nas piasek. W pewnym momencie jeden z odłamków trafił mnie w brew i zatrzymał się między rzęsami. Kłuł niemiłosiernie, do tego krew spływała na oko. Na szczęście, udało się zanieść rannego do punktu, gdzie opatrzono również mnie.

Na tym nie koniec, bo innym razem zbombardowano budynek, w którym pani spała.

Miałam wtedy dyżur przy barykadzie. Byłam bardzo zmęczona. Niedaleko mieścił się budynek, którego nikt nie zajmował. Weszłam do jego piwnicy, położyłam się na deski, których było tam dużo – sięgały niemal po sufit. Przykryłam się gazetą i zasnęłam. Podobno koledzy mnie budzili, ale nie dali rady, więc postanowili dać mi spokój. Kiedy się obudziłam, to nie mogłam zaczerpnąć powietrza. Wszędzie dookoła było szaro, widzialność niemal zerowa. Pomyślałam, że umarłam. W pewnej chwili dostrzegłam malutkie światełko, które – jak się okazało – dobiegało z piwnicznego okienka, które zostało przysypane gruzem. Podeszłam do niego, żeby nabrać trochę tlenu. Później zauważyłam drzwi wyjściowe. Jak znalazłam się na dworze – nie pamiętam. Za to dobrze zapamiętałam widok budynku, w którym spałam, a raczej pozostałości po nim. Ostała się tylko piwnica i fragment muru.

Pani doświadczyła wielu takich sytuacji.

Innym razem szłam ulicą, przy której z jednej strony stały ruiny zburzonych domów, a z drugiej znajdowały się jeszcze niezniszczone budynki, obok zaś piękny chodnik. Wybrałam pierwszą stronę, mimo że wiązało się to z przeprawą przez gruzy. Naraz nadleciały samoloty i zbombardowały tę ładniejszą część. Zdążyłam tylko wskoczyć za ladę jakiegoś sklepu, żeby się schować. Piloci kolejnych samolotów zniżyli lot i ustawili maszyny bokiem. Stamtąd hitlerowcy strzelali do przechodniów. Słyszałam też charakterystyczne zgrzytanie „Grubej Berty”. Zaraz wybuchło dużo pożarów, istne piekło na ziemi. Siedziałam za tą ladą i płakałam.

Wiele razy mogła pani zginąć. Jak wytłumaczyć to, że zawsze udawało się pani przeżyć?

Zastanawiam się nad tym do dzisiaj. Tłumaczę to sobie opatrznością Bożą.

Wojna wojną, ale pani podczas powstania miała dwóch adoratorów.

Bernard na początku powstania obiecał, że mnie odnajdzie, mówiłam panu. Wtenczas byłam na niego obrażona, bo ja też chciałam uczestniczyć w walce z Niemcami, a on kazał mi iść do domu.

Czyli panią już coś łączyło z Bernardem przed powstaniem?

Znaliśmy się sprzed okupacji jako koledzy. Obiecał, że mnie odnajdzie, ale przez długi czas wcale nie szukał.

Z kolei mojego przyszłego męża Tadeusza poznałam w punkcie sanitarnym. On walczył na Woli i po upadku dzielnicy uciekał przez cmentarz do Śródmieścia. Chodził w oficerkach i miał mocno pokaleczone pięty. Potrzebował opatrunków, które ja mu zakładałam.

To było jeszcze na Grzybowskiej czy już na Pańskiej?

Na Grzybowskiej.

Kiedyś między budynkami leżał zabity Niemiec. Namówiono mnie, żebym wraz z innymi powstańcami poszła go rozbroić. Zrobiliśmy to bardzo szybko – chłopcy ściągnęli mu nawet buty. Ja zdjęłam Niemcowi lornetkę. Trochę to jednak trwało, więc ostatnia wycofałam się przez dziurę w płocie na podwórko. Gdy pozostali Niemcy to zauważyli, oszaleli ze złości. Uciekałam pod gradem świszczących i błyskających kul. Chłopcy stali w bramie i wołali, żebym biegła szybciej. Pokonywałam tę trasę pochylona, ale udało się. Zdobyliśmy karabin z bagnetem, pistolet, granaty i taśmę z amunicją.

I proszę sobie wyobrazić, że oni do mnie powiedzieli: „Ty jesteś taka fajna dziewczyna, ale nie możemy ciebie podrywać, bo masz narzeczonego”. Zdziwiłam się, bo nic nie wiedziałam o żadnym narzeczonym. Oni na to, że „Pol” [pseudonim Tadeusza Kamerskiego – przyp. PB] tak im oznajmił i przestrzegł ich przed zalecaniem się do mnie.

Szybko poszło.

On ze mną jeszcze o tym nie rozmawiał, a z innymi już tak. Ja nawet nie wiedziałam, że on się do mnie zaleca (śmiech). Wprawdzie kiedy robiłam mu opatrunki, to był miły, ale w takich sytuacjach każdy chłopak zachowywał się tak samo.

Coś jednak musiało panią ująć w Tadeuszu, skoro zostaliście państwo później małżeństwem.

Wie pan, długo nie… Zaczęłam patrzyć na niego inaczej dopiero wtedy, gdy nastał głód i on zawsze starał się przynieść mi coś do jedzenia. Przy okazji był bardzo zazdrosny. Sprawdzał, czy nikt inny nie kręci się wokół mnie. Gdybym za niego nie wyszła, to nie dałby mi żyć.

W trakcie wojny, głodu, zagrożenia życia da się myśleć o miłości?

W moim przypadku raczej nie.

Pani z Warszawy wychodziła z cywilami czy żołnierzami?

Z cywilami.

Dlaczego?

Po kapitulacji zorganizowano nam apel. Powiedziano, że kto wyjdzie jako żołnierz, ten dostanie 15 dolarów i materiał po spadochronach na ubrania, a kto jako cywil, ten musi sobie radzić na własną rękę. Ojciec jednak nie pozwolił mi na wyjście z żołnierzami, bo twierdził, że jestem zbyt delikatna i drobna, przez co nie wytrzymam w obozie dla jeńców.

Wtedy już Tadeusz zalecał się do mnie ze zdwojoną siłą. W tym czasie pojawił się też Bernard. Nie wiedziałam, co mam zrobić. Z wyglądu bardziej podobał mi się Tadeusz – był przystojny, wysoki. Z kolei Bernard bardzo mi pomagał przed wybuchem powstania. Powiedziałam im, że mają się między sobą dogadać, bo ja już mam dość (śmiech).

Panowie się dogadali?

Nie za bardzo. Ojciec lubił Bernarda i chciał, żebym za niego wyszła. Za Tadeuszem nie przepadał. Wybrałam jednak przekornie. Wtedy Bernard oszalał. Musieli go trzymać, bo chciał wyjść za barykady, żeby wystawić się na rozstrzelanie.

Pani wyszła z Warszawy już razem z Tadeuszem i innymi cywilami.

Tak. Mieliśmy zostać przetransportowani do obozu w Pruszkowie. Stawiliśmy się na dworcu, gdzie weszliśmy do wagonu. Pociąg po jakimś czasie podjechał pod semafor i puścił parę, przez co widoczność była ograniczona. Tadeusz wcześniej rozglądał się przez okna i wiedział, że po dwóch stronach torów bardzo blisko jest las. Wykorzystaliśmy moment, wyskoczyliśmy z pociągu i zaczęliśmy uciekać do zarośli, podobnie jak wiele innych osób. Niemcy strzelali, więc biegliśmy przez las tak długo, aż te strzały przestały być słyszalne.

Wszystkim udało się dobiec do lasu?

Nam się udało, ale niektórzy zginęli.

Co działo się później?

Trafiliśmy do jakiejś pani, która przyjmowała warszawiaków. Ona nas nakarmiła zupą, po czym poszliśmy do Nadarzyna, bo tam mieszkała moja ciocia. Na miejscu spotkałam się z najstarszą siostrą, która ze stolicy wyszła ranna wraz z dzieckiem. Potem w czwórkę – z Tadeuszem, ojcem i młodszą siostrą – poszliśmy do Milanówka do kolejnej ciotki. Miejsca nie było za dużo, poza tym Niemcy szukali uciekinierów po domach, więc po jakimś czasie zdecydowaliśmy się wyruszyć stamtąd do Kobyłki, gdzie Tadeusz miał meldunek.

Idąc do Kobyłki, zatrzymaliśmy się po drodze w jednym z miasteczek, które leżało przy Wiśle. Okazało się, że przypadkiem trafiliśmy na linię frontu. Spotkaliśmy jakiegoś pana, który schował nas w komórce na swoim podwórzu. Donosił do niej jedzenie i wiadomości z sytuacji na froncie. Przez szpary widzieliśmy walki pomiędzy Niemcami a Rosjanami. Baliśmy się, że możemy paść ich ofiarą. Ostatecznie Niemców pogoniono, a my mogliśmy wyjść z ukrycia.

Ruszyliśmy dalej do Kobyłki. Musieliśmy przeprawić się przez Wisłę. Za przejście posłużyła nam tafla lodu, bo zimą rzeka była zamarznięta. Nagle nadleciał samolot i zaczął nas ostrzeliwać dookoła. Lód odskakiwał, woda chlapała. Byłam cała mokra. Usiadłam na tym lodzie, będąc przekonaną, że nie przeżyjemy.

Czyj to był samolot?

Ruskich. Oni robili sobie żarty, ale któraś kula mogła nas trafić i zabić. To było straszne.

Udało się przejść?

Udało, odpuścili. Dotarliśmy w końcu do Kobyłki, gdzie mieszkała moja przyszła teściowa. Stamtąd rosyjskie wojska szykowały się już na wejście do Warszawy. Przeczekaliśmy aż to się stanie i kiedy stolica została wyzwolona, wróciliśmy do domu.

Co pani zastała w Warszawie?

Wróciliśmy do Warszawy z myślą, że mój dom na Grzybowskiej nadal stoi. Po kapitulacji wszystkie dokumenty, zdjęcia i inne ważne rzeczy ukryłam w piwnicy. Okazało się, że budynek był spalony. Jedyne co przetrwało to płyty gramofonowe. Nie wiedziałam, co z nimi zrobić, więc wsadziłam je do piekarnika i się uchowały.

Gdzie więc pani zamieszkała?

W obrębie tych samych zabudowań, tylko we frontowym budynku, którego część wraz z kilkoma mieszkaniami się ostała. Na pewno nie było to bezpieczne rozwiązanie, ale nie mieliśmy innego wyjścia. Mieszkaliśmy w kawalerce, a obok znajdowały się inne pomieszczenia, które zajmował inny lokator. Znaliśmy się dobrze. On był na nas zły.

Dlaczego?

Wyzywał nas, że zniszczenie tego budynku to nasza wina, że nie powinniśmy się tu pokazywać, że jak się Ruscy dowiedzą, gdzie jesteśmy, to wywiozą nas na Sybir.

On miał pretensje do was jako do powstańców, przez których rzekomo stolica znalazła się w ruinie?

Tak. Swoje żale wylał na mnie, bo akurat byłam pod ręką.

W tym czasie wzięła pani ślub z Tadeuszem.

Tak i tam jeszcze urodziłam pierwsze z pięciorga dzieci. W ciążę zaszłam już w grudniu, kiedy uciekaliśmy z Warszawy, a narodziny przypadły na sierpień 1945 roku. Nie było łatwo, bo po powstaniu zachorowałam poważnie na nerki i później leżałam w szpitalu. Tam uratowano mi życie.

Ostatecznie zdecydowaliście się na wyprowadzkę z Warszawy.

Rosjanie werbowali ludzi do wojska. Tadeusz nie chciał dalej walczyć. Przeprowadziliśmy się więc najpierw do Jeleniej Góry. Tam jednak ciężko było z pracą, dlatego wyjechaliśmy do Nowej Rudy. Mąż został zatrudniony w prywatnej firmie, która handlowała samochodami. Niestety, firma po jakimś czasie została zamknięta. Wróciliśmy do Jeleniej Góry. Później był Karpacz, gdzie Tadeusz pracował jako zaopatrzeniowiec w domach wczasowych. Finalnie trafiliśmy do Opola. Mieszkam w tym mieście od lat 50.

Czemu akurat Opole?

W Opolu mieszkała już wtedy moja teściowa i brat męża. Brat był delegowany z Warszawy do jednego z przedsiębiorstw i chciał ściągnąć Tadeusza. Przeprowadziliśmy się. Mąż dostał pracę w budowlance miejskiej, a ja później znalazłam zatrudnienie w przedszkolu.

Czy traumatyczne doświadczenia z wojny rzutowały jakoś na państwa dalsze życie?

Oczywiście. Wystarczył gdzieś w oddali jakiś huk czy wystrzał i ja w pierwszej chwili miałam wrażenie, że znowu zaczyna się wojna. Byłam bardzo niecierpliwa, nerwowa… Pewnego razu, kiedy miałam wsiąść do autobusu, nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Ludzie musieli pomóc. Lekarz powiedział, że doszło do tego na tle nerwowym. A mężczyźni często uciekali w alkohol. Dzisiaj zdiagnozowanoby chorobę wojenną, ale kto wtedy o tym wiedział?

Pani już się uporała z przeszłością czy siedzi to w pani do dzisiaj?

Nadal siedzi… Każdą taką rozmowę, którą właśnie odbywamy, później przeżywam. Mam przed oczami te wszystkie wydarzenia z przeszłości. Mój mąż bardzo dużo opowiadał o swoich doświadczeniach. Zawsze go strofowałam, bo mnie bolały te wspomnienia. Dopiero po jego śmierci wstąpiłam do związku żołnierzy Armii Krajowej i zaczęłam stopniowo coraz więcej mówić o przeszłości.

Minęło 80 lat od powstania, 35 lat od kiedy Polska jest całkowicie wolnym krajem. I znowu wraca zagrożenie, które płynie ze strony Rosji.

I z wewnątrz kraju. Jest taka partia polityczna, której niektóre wypowiedzi czy hasła najbardziej przypominają to, co pamiętam z przedwojennych wypowiedzi…

Chodzi o hasła nacjonalistyczne?

Tak.

Kiedy zaczęła się okupacja, to Niemcy nie pozwalali Żydom usiąść na ławce tylko z powodu tego, że są Żydami. Strasznie byli prześladowani. A mi żydowscy lekarze uratowali życie. Jako dziecko musiałam przejść ciężką operację, której była mała szansa powodzenia. Udała się, właśnie dzięki nim. Przed wojną żydowscy lekarze byli najlepsi w swoim fachu.

Co pani czuje jako powstanka, gdy wracają nastroje z czasów wojennych?

Boję się, żeby nie wróciły dawne czasy. Jeśli ludzie nie zrozumieją, to historia się powtórzy. Nie chciałabym przeżywać tego ponownie.

*Helena Kamerska (z domu Sobiecka), pseudonim „Hala” – ur. 22 marca 1925 roku. Uczestniczka powstania warszawskiego, sanitariuszka w Armii Krajowej w zgrupowaniu „Chrobry II”, batalionie „Lecha Grzybowskiego”. Działała na Śródmieściu Północnym. Odznaczona Warszawskim Krzyżem Powstańczym, Odznaką Pamiątkową Zgrupowania Chrobry II, Odznaką Pamiątkową Akcji Burza i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Mieszka w Opolu.