12.12.2023

Rozmowa
z Mateuszem Gasińskim

SPOŁECZEŃSTWO

Wyobraź sobie, że Libańczycy jeszcze do niedawna żyli mniej więcej na podobnym poziomie co my. Obecnie nie są w stanie ogrzać mieszkania, zatankować samochodu czy zdobyć pożywienia. Jeden listek paracetamolu potrafi kosztować 1/10 pensji, na bardziej zaawansowane leki chorych nie stać w ogóle. Dochodzi więc do tego, że rodzice nie wypuszczają swoich dzieci na podwórko, żeby się nie przeziębiły, nie złamały palca i nie trzeba było ich leczyć – mówi Mateusz Gasiński, który wspólnie z Szymonem Hołownią założył dwie fundacje: Kasisi i Dobra Fabryka. – Dostarczamy im jedzenie, leki, a nawet paliwo do generatorów, bo wiemy, że bez naszej pomocy po prostu sobie nie poradzą.


Paweł Brol: 10 lat temu wspólnie z Szymonem Hołownią uruchomiliście najpierw Fundację Kasisi, później Fundację Dobra Fabryka. Twoje życie musiało się wtedy mocno zmienić.

Mateusz Gasiński*: Moje życie zmieniło się wtedy kompletnie. Wcześniej pracowałem w mediach, gdzie przez 7 lat byłem dziennikarzem. To był też moment, kiedy spotkałem Szymona, bo pracowaliśmy razem przy większości jego telewizyjnych produkcji na kanale Religia.tv. Czy to była diametralna zmiana? Myślę, że to była zmiana polegająca na tym, że przeszliśmy z Szymonem z gadania w robienie. W Religia.tv podejmowaliśmy różne społeczne tematy dotyczące ludzkich dramatów, ale tak naprawdę jedynie opowiadaliśmy o tych sprawach. Później Szymon trafił do Kasisi (miejscowość położona w Zambii, gdzie siostry zakonne ze Zgromadzenia Służebniczek Maryi Panny Niepokalanie Poczętej prowadzą największy w kraju dom dziecka – przyp. PB) na etapie pisania swojej książki „Last minute. 24h chrześcijaństwa na świecie”. Spotkał tam siostry, zdobył świetny materiał do publikacji, ale równolegle dostrzegł, że dom jest genialnie prowadzony, tylko brakuje w nim jednego – finansów. Po powrocie do Polski powiedział, że super jest mówić o istotnych sprawach, ale może w końcu przyszedł czas, żeby coś z tym zrobić. Tak zrodził się pomysł na powstanie Fundacji Kasisi, a po roku Fundacji Dobra Fabryka. Z jednej strony to była duża rewolucja w moim czy naszym życiu, ale też jedno wynikało z drugiego. Przecież na bieżąco spotykaliśmy się z ludźmi potrzebującymi, co doprowadziło do tego, że w końcu tę pomoc zaczęliśmy po prostu robić.

I zacząłeś więcej wyjeżdżać za granicę.

Policzyłem sobie parę lat temu, ile czasu rocznie spędzam w Afryce. Wyszło mi ponad 100 dni, czyli 1/3 roku przebywam poza Polską. Tych wyjazdów jest więc sporo. To wynika z tego, że my, oprócz przekazywania darowizn na realizacje konkretnych pomysłów, chcemy towarzyszyć osobom, które na miejscu pomagają, być pół kroku za nimi. Chcemy również maksymalnie skrócić dystans pomiędzy darczyńcą a beneficjentem. Chodziło nam też o to, żeby przybliżyć ludziom w Polsce problemy adresatów ich wsparcia. Od początku nie chodzi tylko o to, żeby prosić o pieniądze i pokazywać wzdęte brzuszki biednych dzieci, ale też o pokazywanie świata tych osób, z którego każdy darczyńca może coś zaczerpnąć dla siebie. Z drugiej strony partnerzy, którzy pomagają na miejscu, także potrzebują inspiracji i wymiany doświadczeń z darczyńcami, żeby wiedzieć, jakie długofalowe cele mogą sobie zakładać. W końcu – tylko przyjeżdżając do danej społeczności możemy się dowiedzieć, jakiego wsparcia potrzeba i zorganizować precyzyjną pomoc.



Wspominasz o częstych wyjazdach do Afryki. Wiem, że są to różne miejsca i w części z nich jest niebezpiecznie. Ile razy podczas tych wyjazdów bałeś się o swoje życie?

Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, przez te wszystkie lata granica mojego komfortu została dość daleko przesunięta. Lubię adrenalinę. Nie powiem, że zachowuję się brawurowo, ale też nie odczuwam dużego strachu. W takich miejscach jestem nastawiony na działanie, więc szufladkuję lęk, dzięki czemu on mnie nie paraliżuje. Zupełnie inaczej wyglądają na żywo miejsca konfliktowe, wojny, jak np. na Ukrainie, a zupełnie inaczej prezentują się w relacjach medialnych. Jeśli spada jedna rakieta na wielkie miasto Dniepr, to z polskiej perspektywy sygnatura bomby pokrywa tak naprawdę cały obszar, natomiast w rzeczywistości ten pocisk spada punktowo. To może zabrzmi dziwnie, ale ludzie są w stanie przywyknąć do takich sytuacji. Podam przykład. Byłem kiedyś w Dnieprze, siedziałem w kawiarni i piłem kawę z naszymi partnerami. Rozmawialiśmy, kiedy w tym samym czasie, gdzieś w mieście spadły bomby. Ludzie się przyzwyczajają. Takie sytuacje nie wywracają już do góry nogami ich codziennych zajęć.

Obserwujemy to również w Demokratycznej Republice Konga, gdzie działa nasz szpital. Od czasu do czasu, ale bardzo regularnie, wybucha tam konflikt i toczą się walki między rebeliantami a kongijskim wojskiem. W ubiegłym roku szpital znalazł się w epicentrum takich walk, bitwa toczyła się dokładnie o wioskę, w której działa placówka. Pierwsze godziny ostrzału zawsze wiążą się z tym, że ludzie chowają się po swoich chatach, nie wychodzą z nich, szukają kryjówki. Kolejnego dnia, kiedy te walki trwają z taką samą intensywnością, zaczynają wychodzić na zewnątrz, choć skuleni. Muszą wyjść, żeby znaleźć jakieś pożywienie, więc idą na targ i sprawdzają dostępność produktów. Trzeci, czwarty, piąty i następne dni to prostowanie się postawy tych ludzi. Zaczynają normalnie funkcjonować, mimo że poziom niebezpieczeństwa pozostaje niezmienny. Nadal dookoła wybuchają bomby, nie milknie ostrzał i giną ludzie. Oni po prostu wiedzą, że trzeba wrócić do obowiązków, że wojna się toczy, ale obok śmierci musi też trwać życie. W Ukrainie jest dokładnie tak samo. My patrzymy na kraj ogarnięty okrutną, bezlitosną wojną i jest w tym prawda. To jednak nie oznacza, że wszyscy non stop siedzą w schronach. Kraj musi przecież funkcjonować.

Jak działałby szpital w Ntamugendzie w Demokratycznej Republice Konga, o którym wspominasz, gdyby nie pomagała mu Dobra Fabryka?

Zaopiekowaliśmy się tym szpitalem już rok po rozpoczęciu naszej działalności pomocowej. Odezwały się do nas siostry od aniołów, które ten szpital prowadzą, z prośbą i apelem: jeśli nie uda im się odnaleźć nikogo, kto by im zaufał i zaopiekował się ich placówką, to za dwa miesiące nie dostaną już od lokalnych, wówczas wycofujących się organizacji leków i szpital nie będzie mógł działać. My nie mieliśmy wtedy jeszcze nic – żadnej strony internetowej, żadnych elektronicznych środków płatności, które funkcjonowały na razie tylko w siostrzanej Fundacji Kasisi. Szybko poszliśmy zarejestrować nową fundację i uruchomiliśmy media społecznościowe. Praktycznie tylko za pośrednictwem Facebooka udało nam się zachęcić ludzi do tego, żeby przybijali nam piątki, czyli regularnie wpłacali pięciozłotówki. Chodziło o to, żeby zbudować może niewielki, ale stały budżet, który zapewni utrzymanie działalności tego szpitala. Projekt „Przybij nam 5!” działa do dziś tak, jak szpital w Kongu. Co miesiąc potrzebujemy 20 000 dolarów, by utrzymać jego funkcjonowanie.

Myślę, że gdyby nie powstała Dobra Fabryka, siostry nie znalazłyby wielu chętnych do pomocy w tym rejonie świata. Tym bardziej, że zainteresowanie Kongiem i w ogóle Afryką przesunęło się na dalszy plan przez konflikty na Ukrainie i w Gazie. To też niestety świetna okazja dla lokalnych rebelii, żeby niezauważenie prowadzić swoje wojny.



Ukraińcom pomagacie od początku wybuchu pełnoskalowej wojny. Najpierw uchodźcom na granicy, a później mieszkańcom w głębi kraju. Znalazłem informację, że wspieracie seniorów w miastach, gdzie trwają walki. To znaczy, że jesteście blisko linii frontu?

Już od pierwszych bomb, które spadły m.in. na Kijów, zdecydowaliśmy, że trzeba pomóc Ukraińcom. Pracę rozpoczęliśmy więc już w pierwszych godzinach wojny. To był ten moment, kiedy do granicy ciągnęły dziesiątki tysięcy ludzi obawiających się o swoje życie. Gdy dotarliśmy do przejścia granicznego, dostrzegliśmy, że tam już działają jakieś organizacje pomocowe, ale też ludzie dobrej woli. Wszyscy pamiętamy, jak wybuchła wtedy w nas wspaniała solidarność. To wszystko działo się od strony polskiej. Brakowało natomiast chętnych, żeby sprawdzić, jak wygląda sytuacja po stronie ukraińskiej. Byliśmy jedną z pierwszych organizacji, która postanowiła przekroczyć granicę. Na miejscu zobaczyliśmy 40-kilometrowy korek do przejścia w Krościenku, w którym ludzie czekali po 5, 6 dni, żeby dostać się do Polski, pomimo ułatwionych procedur przekraczania granicy dla uchodźców. Temperatura spadła wtedy poniżej 0. Spędzaliśmy po tej drugiej stronie każdą noc, byliśmy tam zupełnie sami i uwierz, że dochodziło do dramatycznych sytuacji, w których ludzie wymagali pilnego ratunku, bo brakowało jedzenia, paliwa w samochodach, nie było czym się ogrzać. Trzeba powiedzieć wprost – sytuacja była wówczas na krawędzi klęski humanitarnej.

Jednocześnie druga część naszego zespołu zaczęła organizować transporty humanitarne do miejsc już dużo bardziej oddalonych od granicy. Dla przykładu, wiedzieliśmy, że piekarnie mają problemy z pieczeniem chleba, więc wysłaliśmy w trybie pilnym do Kijowa kilkadziesiąt tysięcy bochenków chleba. Jako jedni z pierwszych stanęliśmy w Izium po wyzwoleniu miasta z rąk Rosjan. Dostarczaliśmy posiłki do Bachmutu, który już wtedy był częściowo oblężony. Oczywiście korzystaliśmy przy tym z wiedzy i mądrości części naszego zespołu, który działał na miejscu, żeby ograniczyć ryzyko do minimum.

Nasza aktywność zza wschodnią granicą trwa do dzisiaj i nadal jest bardzo punktowa.  Współpracujemy zarówno na szczeblu regionalnym, jak i narodowym z innymi organizacjami pomocowymi. To ważne, żeby pomoc była skoordynowana. Obecnie skupiamy się na wschodniej części Ukrainy, gdzie nasze wsparcie jest najbardziej potrzebne.

Konflikt Izraela z Hamasem spowodował kolejne migracje ludności tym razem palestyńskiej do Libanu, w którym też jesteście aktywni. Jak wygląda sytuacja na miejscu?

W Libanie działamy od 3 lat. Od początku widzieliśmy, jak ciężka panuje tam sytuacja. Wojna w Gazie zwróciła uwagę na Bliski Wschód, ale Liban jest w opłakanym stanie już od 2019 roku. To efekt ostatnich dziesięcioleci, podczas których kraj ten staczał się ku przepaści, aż kompletnie zbankrutował. Mam wrażenie, że miejscowa ludność jakkolwiek funkcjonuje tylko dzięki dużej diasporze Libańczyków mieszkających poza Libanem. Rząd i system państwowy utracił bowiem zupełnie swoją sprawczość. Ci, którzy mają rodziny poza granicami kraju, mogą liczyć na jakieś wsparcie finansowe, natomiast mnóstwo ludzi nie ma tego przywileju i pozostaje bez wsparcia. To właśnie im, zwłaszcza starszym, samotnym czy przewlekle chorym osobom staramy się pomóc. Wyobraź sobie, że Libańczycy jeszcze do niedawna żyli mniej więcej na podobnym poziomie co my. Obecnie nie są w stanie ogrzać mieszkania, zatankować samochodu czy zdobyć pożywienia. Jeden listek paracetamolu potrafi kosztować 1/10 pensji, na bardziej zaawansowane leki chorych nie stać w ogóle. Dochodzi więc do tego, że rodzice nie wypuszczają swoich dzieci na podwórko, żeby się nie przeziębiły, nie złamały palca i nie trzeba było ich leczyć. Z kolei ci, którzy nie pracują, nie mogą liczyć na żaden system socjalny. W Libanie nie ma rent i emerytur. Nie pracujesz – nie masz pieniędzy. Nawet jeśli ktoś pracując całe życie zgromadził jakieś oszczędności na starość, to w 2019 r. je stracił, bo wszystkie konta zostały zamrożone. I prawdopodobnie już nigdy tych pieniędzy nie odzyska. To największy ekonomiczny kryzys w nowożytnej historii, który jest trudny do wyobrażenia. Nagle 70 procent mieszkańców tego kraju znalazło się na krawędzi ubóstwa. Dostarczamy im jedzenie, leki, a nawet paliwo do generatorów, bo wiemy, że bez naszej pomocy sobie po prostu nie poradzą.



W ubiegłym miesiącu odwiedziłem w Byblos chorego na zanik mięśni Paula, który wymaga respiratora, żeby oddychać. W pewnym momencie wyszedłem na balkon z jego rodziną, a oni wskazują mi na kawałek blachy, pod którym działa agregat prądotwórczy i mówią: „To nie jest agregat. To jest życie”. Gdyby nie agregat, Paul nie mógłby oddychać, bo w kraju są duże niedobory prądu. Energia jest dostarczana jedynie przez trzy godziny dziennie, a przez resztę czasu Libańczycy muszą wytworzyć go na własną rękę.

Jakby tego było mało, nagle pojawia się wojna tuż za granicą…

Tak. Teraz do tego całego kryzysu spada na ludzi jeszcze konflikt w sąsiednim Izraelu. My otrzymujemy informację od ludzi mieszkających na miejscu, że spadają bomby, a naszych podopiecznych po prostu nie stać na to, żeby z terenów przygranicznych uciec w głąb Libanu, chociażby w okolice Bejrutu. A nie mówimy o dużych odległościach, bo to dystans ok. 30-40 km. Dla nich pokonanie takiej trasy, pod względem kosztów, jest jak dla nas lot międzykontynentalny.

Jeśli zaś chodzi o uchodźców, to w Libanie jest ich bardzo dużo. To głównie Syryjczycy. Na północy kraju jest ich około 4 mln. Dużo jak na małe państwo, więc to stanowi dodatkowe obciążenie. Pomoc międzynarodowa skupia się przede wszystkim na nich, więc sami Libańczycy są tutaj mocno pomijani, zresztą niesłusznie. Dlatego my uznaliśmy, że będziemy w tamtym rejonie świata pomagać tylko im, bo paradoksalnie ich kryzys dotyka bardziej niż uchodźców. Dla przykładu ci drudzy dostają od organizacji międzynarodowych stałą comiesięczną pomoc wynoszącą 100 dolarów na osobę. Dla Libańczyków żyjących na skraju nędzy, to bardzo dużo.

Z uchodźcami stykacie się już jednak w Grecji na wyspie Lesbos.

Zgadza się. Realizacja projektu w Grecji jest możliwa tylko dzięki niezwykłym ludziom, których spotkaliśmy na miejscu – Nikosowi i Katerinie. To para Greków, mieszkająca na Lesbos. Pierwszy raz spotkałem ich 5 lat temu i ujęła mnie ich dobroć. Katerina jest kucharką, Nikos rybakiem. Przed tzw. kryzysem migracyjnym, który ja nazywam kryzysem solidarności, oboje prowadzili mały biznes – tawernę dla lokalnych mieszkańców oraz turystów. Kiedy pierwsze łódki z uchodźcami dobiły do brzegów wyspy, Nikos akurat sprzedawał ryby gdzieś na północy wyspy. Zauważył ludzi zziębniętych, przemoczonych, bez butów, potwornie przestraszonych. Nie wiedział, co się dzieje, bo żył na Lesbos od urodzenia i pierwszy raz miał do czynienia z taką sytuacją. Zadzwonił do Kateriny i opowiedział, co się stało. Kupił im jakieś pieczywo, ale to nie wystarczało, bo potrzeby były większe. Katerina zaproponowała, żeby ugotować im coś ciepłego. Tak zaczął się projekt pt. „Home for All”, czyli dom dla wszystkich.

Gdy migrantów przybyło więcej i założono największy obóz dla uchodźców w Europie „Moria”, to oni tę tawernę zmienili w miejsce, do którego każdy z nich mógł przyjść i zjeść za darmo posiłek, poczuć się jak w domu, oderwać się na chwilę od obozowej rzeczywistości.

Potrzeby są nadal ogromne, dlatego nasza aktywność skupia się na tym, żeby codziennie do obozu dostarczać kilkaset posiłków dla chorych, kobiet w ciąży, diabetyków, bo tamtejsze jedzenie jest niewystarczające. Oczywiście nie jesteśmy w stanie wykarmić wszystkich, stąd celujemy w grupy osób najbardziej potrzebujących.

Słyszałem, że otworzyliście tam nawet produkcję oliwy z oliwek, żeby dać ludziom pracę.

Tak. Przy okazji zauważyliśmy, że po latach przebywania w obozie wielu uchodźców przestało marzyć, żeby pójść gdzieś dalej. Chcieliby zostać, tylko nie mają pracy. Ufundowaliśmy więc gospodarstwo rolne, które obecnie ma ok. 5 hektarów. Mieści się w nim ogród warzywny, sadzimy tam również drzewa oliwne. Wydzierżawiliśmy także zbocza gór, które porastają oliwkami liczącymi sobie 500-1000 lat. Zaprosiliśmy uchodźców, by oni z nami pracowali w zbieraniu tych owoców. Kupiliśmy im solidną maszynę do wyciskania oliwek. Produkujemy oliwę najlepszej jakości. Jak to robimy? Nie zbieramy owoców wtedy, kiedy dają najwięcej soku, co ma miejsce w okresie zimowym, tylko na końcu września i w październiku, gdy kipią z nich polifenole, dające produkt najwyższej klasy. Dzięki temu nasza oliwa zyskuje także właściwości lecznicze.

Ja jestem z tego projektu bardzo dumny, bo on pokazuje to, co chcemy w Dobrej Fabryce robić. Wtedy, kiedy trzeba udzielić ludziom pomocy humanitarnej, doraźnej, nie pozwolić im umrzeć z głodu, wówczas jej udzielamy. Natomiast nie można ciągnąć wsparcia w nieskończoność. Pomoc musi się zmieniać i dostosowywać do sytuacji oraz kondycji potrzebujących, w przeciwnym wypadku beneficjent może się do niej przyzwyczaić. Chcemy przywracać im godność, żeby nie musieli zawsze o coś prosić albo dostawać czegoś za darmo. Stąd tworzymy dla nich miejsca pracy. To jeden z filarów naszej działalności.



Działacie też w Polsce, bo pomagacie w Warszawie osobom w kryzysie bezdomności.

Nie tylko w Warszawie, ale też okolicach miasta. Zawsze przed zimą ogłaszamy akcję o nazwie „Ciepła Paka”, która ogarnia pomocą osoby w kryzysie bezdomności. To ważne, szczególnie w czasie trwających mrozów.

W ubiegłym tygodniu odwiedziłem Darka, bezdomnego mieszkającego na obrzeżach stolicy. Otrzymał od nas ciepłą kurtkę, zestaw higieniczny, butlę z gazem, piecyk, dzięki któremu będzie mógł się ogrzać. To ważne, bo temperatura na dworze nocą wynosiła wówczas -6 stopni, a on wewnątrz swojego domku działkowego miał -3. Robimy więc wszystko, żeby pomóc ludziom bezdomnym przetrwać zimę. Wiemy, że nie naprawimy od razu ich problemów i nie załatwimy wielu spraw, bo oni potrzebują bardzo szerokiej pomocy, ale staramy się kupić dla nich czas, żeby te problemu zdołali w końcu rozwiązać.

Jak można wam pomóc?

Najłatwiej odwiedzić naszą stronę www.dobrafabryka.pl. Zachęcamy przede wszystkim do tego, żeby angażować się w nasze projekty długofalowe, choćby takie jak „Przybij nam 5!”. Prosimy o zlecenie stałe na 5 zł raz w tygodniu. To niewiele. Piątka czasami wala nam się po kieszeniach. Dla nas zlecenia stałe są o tyle ważne, że pozwalają zaplanować budżet, dać bezpieczeństwo finansowe np. naszym misjonarzom prowadzącym szpital w Demokratycznej Republice Konga. Zapraszamy też do naszego internetowego sklepu Dobro Czynne 24, gdzie można w łatwy sposób kupić coś konkretnego dla osoby potrzebującej. Na przykład można sprezentować kozę ośrodkowi dożywiania w Demokratycznej Republice Konga, która będzie dawała mleko i pomoże wykarmić dzieci chore z powodu głodu. Można podarować Ciepłą Pakę jednemu z bezdomnych w Warszawie, kupić leki na malarię do apteki w Togo, jeden dzień pobytu dla chorego w hospicjum w Rwandzie. To darczyńca decyduje, gdzie chce przekazać swoją pomoc.

Przygotowaliście też specjalną akcję przed świętami „Wigilijny Talerz Dobra”. Na czym ona polega?

Nasza polska tradycja dotycząca świąt jest piękna i bogata. Stawiamy na wigilijnym stole pusty talerz dla niespodziewanego gościa, który najczęściej do końca wieczoru pozostaje pusty. Często ze zrozumiałych względów trudno nam zaprosić do niego kogoś obcego, więc my proponujemy jego zapełnienie i pozostanie w sferze komfortu. Na stronie prezentujemy kilku konkretnych podopiecznych, którzy potrzebują wsparcia. W tym celu wybraliśmy po jednej osobie z każdego kraju, gdzie pomagamy. Przygotowaliśmy winietki z ich imionami. Można w formie jednorazowego wsparcia przekazać pomoc dla wybranej osoby i, umieszczając na talerzu winietkę z jej imieniem, w symboliczny sposób zaprosić ją do naszego wigilijnego stołu. Wtedy popłynie do tego człowieka nie tylko realna pomoc finansowa, ale też nasze ciepłe myśli.

Ilu ludziom już pomogliście przez dekadę wasze działalności i czy macie plany, by nadal poszerzać spectrum wsparcia?

W tej chwili jesteśmy obecni w 11 krajach na 3 kontynentach. Rocznie docieramy z pomocą do ok. 170 tys. osób. Czy planujemy kolejne projekty? Jak najbardziej, jeśli tylko znajdziemy kolejnych darczyńców, którzy zechcą nam zaufać i dołączą do nas w produkowaniu dobra. Pomysłów mamy całe mnóstwo.


*Mateusz Gasiński – pracował w telewizji jako dziennikarz i wydawca programów na żywo. Od 2013 roku działa w Fundacji Kasisi, a od 2014 w Fundacji Dobra Fabryka, których jest współzałożycielem i prezesem.

Fot. ze zbiorów M. Gasińskiego